niedziela, 8 września 2013

Wycieczka do Amiszów i Indian

          Właśnie dobiega końca Nasz ostatni dzień w Toronto. Wieczorem wylatujemy do Calgary, skąd mamy przesiadkę do Cancun, w Meksyku. Dlaczego przez Calgary, które po drodze jest Nam tak jak Suwałki na trasie Katowice - Wrocław? Otóż nie możemy lecieć z przesiadką w Stanach, bo nie mamy wizy. Zaproponowano Nam wydanie wizy tranzytowej, np. na jeden dzień, ale kosztuje to parę set złotych od osoby... dziękujemy! Wybieramy więc najtańszy lot według wyszukiwarki i lecimy dwa razy więcej kilometrów.

            Wczoraj udało Nam się zrealizować wycieczkę, o której myśleliśmy już od początku Naszej wizyty w Toronto. Gdy tylko dowiedzieliśmy się, że Kanadzie mieszkają Amisze, jednogłośnie stwierdziliśmy, że musimy ich zobaczyć! Pożyczonym od Doroty samochodem, wyjechaliśmy rano mimo okropnej ulewy i przerażających prognoz na nieustający deszcz. Wiedzieliśmy, że to jest Nasza ostatnia szansa, żeby ich zobaczyć, więc zaryzykowaliśmy. Na Nasze szczęście prognoza szybko się pomyliła i już o 11 przestało padać ;).

          Amisze to członkowie wspólnoty religijnej powstałej w Szwajcarii pod koniec XVII wieku. To odłam wyznania mennonitów, który już na początku wieku XVII wyemigrował w większości do Ameryki Północnej. Pozostali Amisze w Europie powrócili do obrządku stosowanego przez mennonitów. Natomiast osadnicy w Ameryce Północnej zadomowili się głównie w Pensylwanii, Ohio, Iowa, Missouri, można ich również spotkać w większości stanów USA, oraz w stanie Ontario w Kanadzie. Na początku było ich niewielu, na przykład w hrabstwie Lancaster od 200 szwajcarskich osadników, obecnie pochodzi grupa licząca około 20 000 członków. Rozwijają się tak prężnie, głównie ze względu na tradycyjny model rodziny: siedmioro dzieci, lub więcej!

          Jednak najciekawsze w Amiszach, nie jest wcale ich pochodzenie, ani ich rozwój demograficzny. Najbardziej interesującym dla Nas faktem jest to, że wielu z nich odrzuca wszystkie nowoczesne dobrodziejstwa techniki. Nie używają elektryczności, samochodów, czy telewizorów. Tradycyjnie zajmują się tylko rolnictwem i rzemiosłem. Żyją według surowych zasad, zebranych w zbiorze zwanym "Ordnung" - językiem obrzędowym dla Amiszów jest język niemiecki. Zarówno kobiety jak i mężczyźni mają określone zasady ubioru, fryzury a nawet zarostu - mężczyzna po ślubie powinien przestać golić swą brodę.

         Oczywiście, nie raz zdarzały się zgrzyty z rządem, przede wszystkim Stanów Zjednoczonych, na temat statusu Amiszów. Stawiają Oni prawo swojej wspólnoty ponad prawo USA. Są pacyfistami, więc zostali wykluczeni z obowiązku poboru i szkolenia do armii. Nie płacą żadnych podatków, ani składek ubezpieczeniowych, bo jak twierdzą bezpieczeństwo daje im wspólnota. Nie tolerują również amerykańskiego obowiązku edukacji do 16. roku życia - ich zdaniem wystarczy, by uczyć się do wieku 14 lat.

       Amiszów, których my spotkaliśmy w St. Jacobs, miejscowości położonej 100 kilometrów od Toronto, było wielu - choć reprezentują Oni odłam "Old Order Amish". Nie jest to najbardziej ortodoksyjna grupa wyznawców. Faktycznie żyją w odosobnieniu, ubierają się tylko w stroje jakie nakazuje im "Ordnung"  i zajmują się rolnictwem. Widzieliśmy Amisza z długą brodą, która zdecydowanie świadczy dużo większym stażu małżeńskim niż Nasz ;). Mimo tych starych zwyczajów, widzieliśmy, że część z nich używa już telefonów komórkowych lub zamawia na lunch meksykańskie buritto w fast foodzie. Jednak targowisko, które odbywa się w St. Jacobs dwa razy w tygodniu zachwyciło Nas absolutnie. Podobało Nam się wszystko! Oczywiście, obecność samych Amiszów, ale również porządek tam panujący, starannie wyeksponowane owoce i warzywa - zapachy, kolory i to atmosfera prawdziwego farmerskiego marketu! Przy niektórych stoiskach, sprzedawcy melodyjnie nawoływali klientów, prawie wszędzie można było częstować się próbkami, wędlin, owoców czy deserów. Mimo pochmurnej pogody, wszyscy byli pogodni i weseli, a to dodawało jeszcze większego uroku samemu targowisku.

          Jadąc trzy kilometry dalej, dojechaliśmy do samego miasteczka St. Jacobs - przepięknej osady, zachowanej w stylu wioski jaką założyli tutaj mieszkańcy niecałe dwieście lat temu. Dziesiątki sklepów z przepięknymi rękodziełami rozkochały Nas w tym miejscu do końca. Od ceramicznych dekoracji, po pamiątki nawiązujące do Amiszów, czy Indian. Wszystkie regały były tak piękne, że nie dałoby się wybrać jednej pamiątki, która była by po prostu najlepsza! Niestety ceny wszystkich tych drobiazgów były nieprzyjemnie wysokie... Ale jak tu nie wstąpić do sklepu, pod którego dachem zbudowana jest trasa kolejowa zabawkowej kolejki, biegnąca zarówno wewnątrz sklepu, między regałami i na dworze, na werandzie ;)


















 







Indianie

         Po wizycie u Amiszów przyszła kolej na prawdziwych, rdzennych obywateli Kanady - czyli Indian, lub raczej jak tutaj powinno się ich nazywać "tubylcami", lub dosłownie "pierwszymi narodami". Faktycznie, jeśli ktoś chce się nazwać prawdziwym Kanadyjczykiem powinien mieć rysy albo Eskimosa, albo Indianina.

          Po przejechaniu kolejnych 100 kilometrów dojechaliśmy do największego w Ameryce Północnej rezerwatu "pierwszych narodów". W Six Nations of the Grand River First Nation. Jak sama nazwa wskazuje, zostali tam skupieni członkowie sześciu szczepów irokezów: Mohawk, Cayuga, Onondaga, Oneida, Seneca, Tuscarora. W sumie zarejestrowanych jest tam 22 tysiące członków plemion, choć tylko połowa z nich żyje w rezerwacie.

         Taki rezerwat, to nie jest miejsce jakie wyobrażaliśmy sobie mniej więcej w dzieciństwie, kiedy wujkowie i ciocie z Ameryki przysyłali w prezentach piłki do rugby i pióropusze. Rezerwat to miejsce, gdzie Indianie mogą w zasadzie wszystko i nikt nie powinien się im wtrącać do życia. Nie muszą płacić podatków, akcyzy do paliwa czy papierosów. Rząd Kanady jako zadośćuczynienie za odebrane im tereny, wypłaca zasiłki i umożliwia bezstresowe życie, bez żadnych obowiązków. W takiej sytuacji, czy taki rezerwat to raj dla ludzi z pióropuszami na głowie? Nie, to siedlisko czystego lenistwa i popadania w nałogi. Ludzie, którzy nie muszą pracować, nie mają w zasadzie żadnych celów w swoim życiu, więc mogą całymi dniami... nie robić nic. Ci bardziej gospodarni, zaczęli produkować papierosy na terenie rezerwatu i teraz sprzedają je cztery razy taniej niż w sklepach - ponieważ są zwolnieni ze wszystkich opat podatkowych. Na obszarze 190 kilometrów kwadratowych znajdują się więc dziesiątki sklepów z papierosami. Natomiast, aby kupić pamiątkowego "łapacza snów", musieliśmy jeździć 40 minut, ponieważ jedyny sklep z pamiątkami był już zamknięty, a nikt inny nie był zainteresowany przyjazdem turystów. Nie było tam co fotografować, ani z kim porozmawiać. Po długich poszukiwaniach udało się dokonać zakupu, piękny indiański "dream catcher" jest już w Naszym posiadaniu :).






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz