sobota, 9 listopada 2013

Ekwador - początki

                Na drugiej półkuli jesteśmy już od wtorku. Ludzie nie chodzą tutaj wcale do góry nogami, choć woda w umywalce rzeczywiście wiruje w drugą stronę. Rozpoczyna się właśnie bardzo ekscytujący i ostatni już etap Naszej podróży – Andy.

                Z gorącej Ameryki Centralnej w dwie godziny przenieśliśmy się na sam równik, do chłodnej, położonej na wysokości 2800 metrów stolicy Ekwadoru – Quito. To ogromne miasto, rozpościerające się pomiędzy dwoma łańcuchami górskimi, zamieszkuje prawie dwa miliony ludzi. W połączeniu z gęstą zabudową i nasilonym ruchem ulicznym, miasto to staje się absolutnie zadymionym spalinami miejscem. Centrum stanowią dwie dzielnice: stare miasto i nowe. New Town, to tutejsza mekka backpakerów, pełna drogich restauracji, ekskluzywnych sklepów z pamiątkami i profesjonalnych sklepów ze sprzętem alpinistycznym. Zabudowa w tej części stolicy jest dla Nas zupełnie nieatrakcyjna. Ciągłe remonty/przebudowy/objazdy wznoszą chmury kurzu uprzykrzające spacerowanie. Starówka natomiast, to rewelacyjnie odrestaurowane kolonialne kamienice, pięknie zdobione kościoły oraz imponujące rządowe gmachy. O dziwo na tutejszych deptakach nie ma w ogóle żadnej infrastruktury turystycznej. Dominują sklepy z kolorową, bazarową odzieżą oraz sprzedawcy wszelakich plastikowych przedmiotów. Szkoda, że cały turystyczny biznes nie tętni właśnie tutaj – sklepiki z rękodziełami i urocze kawiarnie wpasowałyby się w stare miasto idealnie.

                Po trzech dniach aklimatyzacji w Quito, wróciliśmy na północną półkulę do miasteczka Otavalo. W każdą sobotę odbywa się tutaj największy targ w całej Ameryki Południowej. My, zachwyceni już wcześniej gwatemalskim targiem w Chichicastenango, wiedzieliśmy, że nie może ominąć Nas i ten market. W Otavalo Indianie z całej okolicy sprzedają swoje ludowe rękodzieła, ubrania i instrumenty muzyczne. Do tego, mieści się tutaj market z żywnością oraz… targ z żywymi zwierzętami. Do miejscowości przyjechaliśmy już dzień wcześniej, by zapoznać się z miastem oraz żeby w sobotę od rana być w samym centrum wydarzeń. Jak się okazało, już w piątek natrafiliśmy na kilka ciekawych miejsc i zdarzeń.

                Popołudniu natknęliśmy się na końcówkę kolejnej barwnej parady. Tym razem defilowały dzieciaki z pobliskiej szkoły obchodzącej swój jubileusz.  Wieczorem na placu targowym rozstawili się sprzedawcy ulicznego jedzenia, które jak zwykle kusiło nie tylko niesamowitymi zapachami, ale też tłumem stojących w kolejkach tubylców. Po raz pierwszy mieliśmy okazję skosztować dziwnej indiańskiej herbaty o konsystencji przypominającej meduzę… Na szczęście w smaku zbliżona była do owocowego kisielu, jednak co było w jej składzie nie mamy bladego pojęcia. Kucharz dolewał do Naszego kubeczka kolejno różne magiczne eliksiry, najróżniejszego pochodzenia. Wieczorem, kiedy wróciliśmy już do hostelu, przez otwarte okno dobiegły Nas przyjemne dźwięki ludowej muzyki Indian. Zachęceni melodią piszczałek, wyszliśmy poszukać źródła dźwięku. Po chwili dotarliśmy znowu do tej samej szkoły, gdzie teraz odbywał się występ lokalnych muzyków. Najpierw obserwowaliśmy trochę z boku rdzennych mieszkańców Ekwadoru, jak się bawią, jak piją piwko niczym na polskim festynie, lub nagrywają tabletem występ. Zbliżała się już noc i na zabawie dzieci było już niewiele. Nagle, podczas jednego z utworów część widzów utworzyła kilkuosobowe kręgi i zaczęła tańczyć niczym wokół niewidzialnego ogniska. Coś niesamowitego! Grupy dorosłych ludzi kroczących, jeden za drugim w rytm melodii zdominowały plac pod sceną. Uśmiechy i radość wśród tańczących były nie od opisania – nie zrobiliśmy wtedy też żadnych zdjęć, byliśmy po prostu zbyt wpatrzeni w tańczących Indian. Kiedy muzycy powiedzieli, że to będzie już ostatnia piosenka, cała widownia utworzyła wielki krąg na ponad pięćdziesiąt osób. Wszyscy jak szaleni, szybkimi i krótkimi tip-topami podążali gęsiego. Co minutę okrąg zmieniał kierunek obrotu. My, nie chcąc dłużej stać na uboczu, wskoczyliśmy w wir ludowej zabawy. Prawdę powiedziawszy, po paru chwilach takiego szybkiego tuptania i kołysania się na boki, poczuliśmy się jak w transie, a uśmiechy nie chciały zejść Nam z twarzy. Czy tą energię daje miejscowym ta meduzowata herbatka, czy fajka pokoju, czy to po prostu ich gorące serca? Zachwyceni tutejszą kulturą, czujemy się gotowi na kolejne przygody w Ameryce Południowej. 

































2 komentarze:

  1. Super , a te portrety są niesamowite.Pozdrówki MMK

    OdpowiedzUsuń